niePEŁNOSPRAWNY turysta

niePEŁNOSPRAWNY turysta

Wyspy Kanaryjskie po raz drugi. Lanzarote.

 

10.03.2017 r.

Zdjęcia jak zwykle, po kliknięciu, powiększają się 🙂 .

Styczeń to świetny czas na wypoczynek za granicą. W Polsce w tym czasie jest szaro, zimno i ponuro, tak więc warto wybrać się gdzieś, gdzie uda nam się złapać trochę witaminy D, która jest tak ważna dla naszego organizmu (a podobno w Polsce wszyscy mamy jej braki) i naładować akumulator na resztę zimniejszych miesięcy.

Z uwagi na to, że w obecnym świecie kierunki typowo wypoczynkowe jak Egipt czy Maroko nie są specjalnie bezpieczne, warto wybrać się na jedną z siedmiu Wysp Kanaryjskich. My, już raz byliśmy na Kanarach – o wycieczce na Fuerteventura przeczytacie tutaj – i wróciliśmy bardzo zadowoleni, tak więc nie było żadnych przeciwwskazań, by udać się w tym właśnie kierunku ponownie.

Lanzarote, bohaterka dzisiejszego wpisu, to jedna z wysp archipelagu górzystych wysp wulkanicznych zaliczanych do Makaronezji (a więc zbiorczej nazwy wysp wulkanicznych położonych na oceanie Atlantyckim, u wybrzeży Europy i Afryki). Choć politycznie Wyspy Kanaryjskie to wciąż Europa (należą do Hiszpanii), to geograficznie jest to już Afryka w czystej postaci. O fakcie tym, niech przekona Was jej położenie – do najbliższego stałego lądu, wybrzeży afrykańskiego państwa Maroko, jest stąd 125 km.

Lanzarote, po Teneryfie, wspomnianej już wcześniej Fuerteventurze i Grand Canarii, to czwarta co do wielkości z Wysp Szczęśliwych, jak w starożytności nazywano Kanary. Klimat tam panujący, nazywany jest często „wieczną wiosną” i jest to określenie świetnie odpowiadające prawdzie – w okresie, w którym przebywaliśmy na wyspie, a więc styczniu, temperatura wahała się od 16 do 22 °C na „plusie”. Potrzebne były zatem zarówno wiosenne kurtki, jak i krem do opalania 🙂 .

Hotel

Hotel, który mieliśmy zarezerwowany na czas naszego pobytu to BeLive Experience Lanzarote Beach, znajdujący się w samym centrum, położonej niedaleko stolicy wyspy, miejscowości Costa Teguise. To podobno najbardziej eleganckie i luksusowe miasteczko na wyspie, a swoją wille ma tu sam król hiszpański Juan Carlos. Obiekt położony jest nad malowniczą plażą de Las Cucheras i zdecydowanie warto dopłacić za widok na ocean oraz plażę.

Sam hotel jest bardzo czysty, codziennie sprzątany, z przemiłą i pomocną obsługą kelnerską oraz w recepcji. To naprawdę duży atut hotelu. Podobnie jak przesmaczne jedzenie z pełną paletą potraw, w tym owoców morza i ryby, a także spory wybór napojów oraz alkoholi.

Pokój superior z widokiem na morze jest w dobrym standardzie, ale pokoje przystosowane dla wózków inwalidzkich znajdują się tylko na poziomie z widokiem na basen. Ten od strony oceanu duży, ale bez udogodnień. Poradziłem sobie bezproblemowo, ale jednak dla kogoś bardziej wymagającego pomocy, może być problematyczny. Wszędzie na terenie płasko, ewentualnie ze zjazdami i windami.

Okolica hotelu

Wokół hotelu i wzdłuż wspominanej plaży rozciąga się długa promenada, otwierająca możliwości nie tylko do spacerów, ale i aktywniejszego spędzania czasu (tzw. „siłownie na świeżym powietrzu”). Zresztą poruszanie się wózkiem po całymi miasteczku, nie powinno nikomu sprawić większych trudności.

Pierwszego wieczoru wybraliśmy się wspomnianą promenadą na krótki spacer, by podziwiać księżyc górujący nad brzegiem oceanu. Każdego dnia o poranku natomiast (no może prawie każdego 😉 ) ruszaliśmy w tę trasę, by trochę się rozruszać – „chodziaki” pobiegać, a ja, na jak to nazywam, „biegower”. Promenada jest naprawdę długa i ciągnie się wzdłuż brzegów Atlantyku, więc warto w taki spacer się wybrać – szczególnie, że niepełnosprawni mają nawet swoją ścieżkę.

Któregoś razu, wynajęliśmy sobie rower czteroosobowy by przejechać się całym pasażem w obie strony. Ja oczywiście nie pedałowałem, ale za to nagrywałem filmiki i robiłem zdjęcia za wszystkich. Koszt imprezy dość drogi – 15 euro za godzinę, ale godzina to czas optymalny na taką wycieczkę.

W najbliższej okolicy hotelu znajdują się także pasaże handlowe, restauracje i supermarket.

Południe wyspy i jej atrakcje

Aby zwiedzić atrakcje wyspy, postanowiliśmy wypożyczyć samochód. Koszt uzależniony jest od marki oraz długości wypożyczenia i waha się pomiędzy mniej więcej 30 a 60 euro za dobę. Przy wypożyczeniu na 7 dni, cena spada nawet do 115 euro za cały najem czyli do ok. 16,5 euro na dzień. Cena ta zawiera wszystkie inne opłaty oraz pełne ubezpieczenia – nie dajcie się naciągnąć na inne rozwiązania. Podana kwota musi być pełną opcją. Jedyny dodatkowy koszt to benzyna. Standardowa bezołowiówka 95 to koszt ok. jednego euro za litr paliwa.

Pierwszym (pierwszym, bo wyprawy były dwie) naszym samochodem był Nissan Note. Bardziej z musu i dostępności niż szczerych chęci. Okazał się jednak niezłym, dość pakownym i przestronnym autem. Po załadowaniu wózka do bagażnika i zrobieniu zdjęć stanu licznika oraz poziomu benzyny, ruszyliśmy w drogę.

Pierwszym przystankiem była miejscowość Playa Blanca. Cudowne, słoneczne miasteczko, z wybrzeży którego można podziwiać obrys, oddalonej o 25 min drogi promem, innej kanaryjskiej wyspy, Fuerteventury. Podobno, tego nie sprawdziłem, można przeprawić się z jednej wyspy na drugą również jeśli poruszamy się na wózku. Po całej nadbrzeżnej części miasta, poruszać się wózkiem inwalidzkim można bez przeszkód. Wszędzie znajdziemy niezbędne podjazdy. Naprawdę piękne widoki, choć jak się później okazało, to był dopiero początek widokowych atrakcji jakie na ten dzień przygotowała nam południowa część Lanzarote.

Ruszyliśmy w stronę Los Hervideros. Drogą prowadzącą nad samym oceanem…

Los Hervideros to miejsce magiczne. Hervir z hiszpańskiego oznacza wrzeć, gotować się i nazwa wprost odnosi się do historii tego miejsca. Wrząca właściwie jeszcze lawa, wypluta z lanzarotańskiego wulkanu, w tym miejscu została zatrzymana przez ocean. Jej zastygnięcie, stworzyło jedno z najpiękniejszych miejsc widokowych na całych Wyspach Kanaryjskich. Miejsce tym bardziej godne polecenia, iż podziwiać przecudne widoki może również osoba na wózku inwalidzkim. Z parkingu, choć nie do samego końca widocznych na zdjęciu urwisk, można podjechać na tyle, by poczuć klimat tego wyjątkowego miejsca. Uwaga jednak na skamieniałą lawę. Jej krawędzie są baaardzo ostre. Dostępności atrakcji – bezpłatna.

     

Z lawowych klifów ruszyliśmy dalej w stronę centrum wyspy. Kolejnym punktem naszej wycieczki miał być Park Narodowy Timanfaya. Aby wjechać na teren parku, zapłacić trzeba 9 euro od osoby. Osoba na wózku bez opłaty. Samochodem wjeżdżamy pod górę, aż do końca drogi. Na jej zwieńczeniu znajduje się restauracja, w której można zjeść danie grillowane na lawie (uwaga, trzeba być przed 16, bo później niestety ta atrakcja jest niedostępna). W cenę biletu wliczony jest przejazd autokarem po parku. Samemu nie ma możliwości zwiedzania parku Gór Ognia, jak nazywają park miejscowi. Choć autokar nie jest przystosowany zupełnie, to kto da radę, warto wleźć jednak do środka na tzw. „pupie”, bo prezentowane widoki są naprawdę niesamowite, a nigdzie i tak się z autobusu nie wysiada. Kierowca obwozi nas po całych 51 km² terenu. Z głośników płynie muzyka znana z filmów science fiction (np. Odysei kosmicznej), przeplatana komentarzem (w trzech językach) na temat oglądanych miejsc. Widoki, wąskie drogi, odpowiednia muzyka, wszystko to budzi skojarzenie z księżycowym pejzażem. Naprawdę wyjątkowe przeżycie.

Cały park to teren wulkaniczny. Kształt i wygląd Timanfaya zawdzięcza codziennej, trwającej 6 lat, erupcji 300 kraterów w latach 1730-1736. Szacuje się, że w tym czasie z wnętrza ziemi wydobyło się ok. 50 mln³ lawy. Wulkaniczny charakter wciąż uwydatnia się tym, że już kilka centymetrów pod ziemią temperatura wciąż sięga 100 °C (faktycznie podłoże jest bardzo ciepłe), w powietrzu unosi się zapach siarki, a na głębokości 10 metrów, temperatura dochodzi podobno do 600 °C. Personel parku, aby unaocznić zwiedzającym powyższe liczby, przeprowadza pokazy polegające na tym, że wrzucane do dołu w ziemi suche gałęzie, momentalnie stają w płomieniach, a wlewana do specjalnych dziur woda, natychmiast niemal, wystrzeliwuje w górę niczym gejzer.

Timanfaya to największa atrakcja turystyczna Lanzarote i trzeba przyznać, że robi wrażenie. Krajobrazu nie da się porównać z niczym, co do tej pory widziałem. Jedyne skojarzenie to wspomniany wcześniej księżyc, jaki znamy ze zdjęć kosmosu. Jeśli macie możliwość, nie rezygnujecie z szansy poobcowania przez chwilę z inną planetą 😉 . Zdecydowanie warto.

Z Parku udaliśmy się w stronę naszego hotelu. To był naprawdę udany trip po wyspie. Po zatankowaniu, oddaliśmy Nota do wypożyczalni i przepełnieni nowymi wrażeniami, których dostarczył nam dzień, wróciliśmy do hotelu. Choć zrobiliśmy zaledwie ok. 130 km, spędziliśmy na tym właściwie cały dzień.

W kolejnych dniach skorzystaliśmy z bezchmurnego nieba i słonecznych kąpieli. Było na tyle ciepło, że popływaliśmy także w hotelowym basenie, choć woda nie była w nim podgrzewana. Ola wraz ze znajomy, z którymi wybraliśmy w podróż na Lanzarote, pokąpali się także w oceanie 🙂 .

Choć początkowo planowaliśmy tylko raz, na jeden dzień wypożyczyć samochód, to opisana wycieczka zrobiła na nas takie wrażenie, iż zapadła decyzja o ponownym objeździe wyspy. Tym razem po jej północnej części. Ale o tym, w następnym blogowym wpisie.

Data wyjazdu: styczeń 2017 r.

∗∗∗



Komentarze

Lukas Muzungu w dniu 9 kwietnia 2017o18:51 Odpowiedz

piękna opowieść i magiczne zdjęcia!

niePEŁNOSPRAWNYturysta.pl w dniu 10 kwietnia 2017o08:59 Odpowiedz

Dziękuję 🙂

monica w dniu 28 kwietnia 2017o11:09 Odpowiedz

pozostaje tylko pozazdrościć i życzyć dalszych udanych podróży …

Dodaj komentarz